1605 Polityki Aristotelesowey To Iest Rządu Rzeczypospolitey
„Nierządem Polska stoi” w druku z 1605 roku: o wolności szlacheckiej, chłopach i sejmach395 zł
Na stanie
Opis
PETRYCY Sebastian (ARYSTOTELES)
Polityki Aristotelesowey to iest rządu Rzeczypospolitey z dokładem ksiąg ośmioro. Kraków: w Drukarni Symona Kempiniego, 1605. Fragment: Przydatek do szóstych ksiąg Polityki Aristotelesowey, s. 153–168.
„Sami pospolicie mowimy, nierządem Polska stoi” – to zdanie wydrukowano w Krakowie w 1605 roku. Napisał je Sebastian Petrycy z Pilzna, lekarz, filozof i profesor Akademii Krakowskiej, który jako pierwszy przełożył na polski Politykę Arystotelesa. Na samym przekładzie nie poprzestał. Do kolejnych ksiąg dopisywał własne „przydatki”, w których pytał, co z nauki Arystotelesa wynika dla Rzeczypospolitej szlacheckiej. Oferowany fragment zawiera przydatek do księgi szóstej, poświęconej demokracji. Petrycy pisze tu najwięcej o Polsce i najmniej o starożytnej Grecji.
Każdy rozdział ma formę scholastycznej dysputy. Autor stawia pytanie, podaje argumenty za, potem przeciw i na koniec rozstrzyga. Dzięki temu na kilkunastu stronach słyszymy dwa głosy epoki: chwalców złotej wolności i jej krytyków.
Pierwsze pytanie brzmi groźnie: czy królowi wolno „gwałtem y mieczem” przymuszać poddanych do praw Bożych, od których odstąpili? Petrycy odpowiada ostrożnie. Mieszczan i chłopów z królewszczyzn król przymuszać może, szlachty już nie, bo tego prawa zaniedbali jego przodkowie, a próba jego wskrzeszenia skończyłaby się buntem. Przestrzega też, że tam, „gdzie się religia miesza”, nie może być zgody w państwie, i jako przykład podaje Węgry i Grecję, które „teraz Turek posiadł”, oraz Francję z jej „ustawiczną woyną dla wiary”.
Dalej przychodzi pytanie, czy w demokracji jest więcej wolności niż w monarchii. Petrycy odróżnia wolność ludzką, rządzoną rozumem, od „bydlęcej”, czyli robienia tego, na co ma się ochotę. Ta druga „nie iest wolnością, ale swawolą, zuchwalstwem, niewolą”. Równość bezwzględna też go nie przekonuje: „Rowność to tylko miedzy bydłem bywa, bo woł nad wołu, koń nad konia, wilk nad wilka nic nie ma”.
Najciekawszy jest rozdział o tym, czy szlachta polska ma więcej wolności niż obywatele innych państw. Za tym, że ma, przemawia sporo. Szlachcica nie wolno uwięzić przed wyrokiem, nawet „in criminali” (w sprawie karnej). Do sądu może go pozwać wojewoda, ale i on może pozwać wojewodę. Mandatów królewskich szlachcic może nie słuchać. W innych krajach jest inaczej: w Hiszpanii rozkaz króla wykonuje się od razu, a w Wenecji Senioria nakazała przed kilkunastu laty jezuitom w Padwie przestać uczyć filozofii i jezuici musieli przestać. Ale argumenty przeciwne są mocniejsze, a Petrycy przedstawia je z wyraźnym zaangażowaniem. Nikt w Polsce nie jest pewien majątku ani zdrowia, bo jeden drugiego „naiedzie, zabiie, maiętność rozszarpa”. Sprawa w Trybunale ciągnie się sześć lat. Zabójca, „choć w dziesięć lat będzie skarany, nażyie się na świecie”. Na każdym sejmie czeka kilka tysięcy spraw kryminalnych, a dawnych zaległych są dziesiątki tysięcy. Pospolite ruszenie nigdy nie doszło do skutku, choć Tatarzy i Moskwa najeżdżali kraj, a „teraz Karolus”, czyli Karol Sudermański, pustoszy Inflanty. Wniosek autora jest gorzki: wolności, która nie łączy się z rozumem, „w Polszcze dosyć iest, ale taka wolność, nie wolność, ale swawola iest”. Polskie państwo Petrycy nazywa Rzecząpospolitą mieszaną, w której jest „wszytko pomieszano”.
Szczególnie śmiały jest rozdział o plebejuszach, czyli mieszczanach i chłopach. To oni płacą pobory, cła i podwody, a piechota „wszytka z plebeiusów iest”. Mimo to głowa chłopa jest „oszacowana za sześćdziesiąt grzywien albo za trzydzieści”, a szlachcic, który zabije chłopa i zelży jego córkę, nie trafi przed sąd. O udziale miast w sejmie Petrycy opowiada bajkę: osła zaproszono na wesele, a na miejscu kazano mu nosić drwa i wodę do kuchni. Tak samo posłowie miejscy „siedzą z daleka, ale nie mogą nic mowić”, tylko słuchają, co każą robić w domu. Rozdział kończy się wprost apelem do szlachty: „Ale Panowie obaczcie się”, bo bez tych ludzi nie da się żyć, a „ludzie są nie bydło”.
Fragment zamykają dwa rozdziały o radzeniu. Pierwszy rozważa, czy rozstrzygać ma jednomyślność, czy większość. Petrycy wybiera większość, bo „więcey uyrzy ieden widomy, niźli tysiąc ślepych”, a głosy „maią być uważane, nie liczone”. I dodaje uwagę, która z dzisiejszej perspektywy brzmi jak przepowiednia: sejmy w Polsce nie przynoszą skutku, bo posłowie chcą, „aby wszyscy zgodnie się zezwolili”. Drugi rozdział pyta, co robić, gdy głosy rozkładają się po równo. Odpowiedź brzmi: ciągnąć losy. Petrycy przypomina, że Rzymianie postawili w Panteonie ślepą Fortunę obok dwulicowego Janusa, a w Polsce, zanim mieliśmy królów, losem rozstrzygano spór o wybór księcia.
Druk w dwóch szpaltach szwabachą, z antykwowymi tytułami rozdziałów i gęstymi marginaliami. Na pierwszej stronie tytuł przydatku wersalikami, ozdobnik i duży drzeworytowy inicjał W z roślinnym ornamentem. 16 stron, żywa pagina z tytułem dzieła, kustosze, sygnatury V–X3. Format 26 x 19,5, marginesy mocno przycięte. Bibułowa okładka z reprodukcją karty tytułowej.






