danet03adanet03a

Danet NOWY WIELKI DYKCYONARZ FRANCUSKI ŁACIŃSKI Y POLSKI 1743

Największy polski słownik XVIII wieku, 50 tys. haseł, dwa tomy w jednej oprawie.

5 500 zł

Na stanie

Dodaj do Ulubionych
Dodaj do Ulubionych

Opis

DANET Pierre – KOLA Dymitr Franciszek

Nouveau grand dictionnaire de M. l’abbé Danet, françois, latin et polonois… / Nowy wielki dykcyonarz JMci X. Daneta opata, francuski, łaciński y polski, obfituiący w naylepsze sposoby mowienia, z obserwacyami krytyki y grammatyki w każdym z tych trzech językow. T. 1–2 (komplet, współoprawne). Warszawa: Drukarnia J.K.Mci y Rzpltey Kollegium XX. Scholarum Piarum, 1743–1745.

T. 1 [A–E], 1743: [6] k., 569 [właśc. 579] s. (błędy paginacji: s. 123–132 liczbowane dwukrotnie); T. 2 [F–Z], 1745: 598 s. Folio, 33 × 20 cm (grubość bloku 9 cm). Estreicher XV, 32. Każdy tom z dwiema kartami tytułowymi: francuską i polską.

„Każdy Dykcyonarz iedną iest całą Biblioteką” – tym zdaniem polski tłumacz otwiera przedmowę do czytelników. W tym przypadku to nie przesada: blisko 1200 stron in folio, około 50 tysięcy haseł, każde w trzech językach. Słownik Daneta–Koli, obok Nowego dykcjonarza Michała Abrahama Troca z 1764 roku, uchodzi za największe osiągnięcie polskiej leksykografii XVIII wieku, a językoznawcy do dziś traktują go jako jedno z podstawowych źródeł do historii polszczyzny.

Pierwowzór napisał Pierre Danet (1650–1709), francuski duchowny, łacinnik i hellenista. Jak przypomina przedmowa, swój francusko-łaciński słownik wydał „niegdyś dla Delfina Francuskiego na ten czas nauki traktuiącego”, czyli z myślą o edukacji następcy tronu Francji. W Warszawie pijarzy dołożyli do niego trzecią warstwę: polską. Przekładu podjął się Dymitr Franciszek Kola (1699–1766), nauczyciel kolegium pijarskiego. Tłumacz nie ukrywa, że trzymał się francuskiego, nie łaciny, i wyjaśnia swoją metodę: słowa proste oddawał polszczyzną prostą, sensy przenośne przenośnią, a przysłowia przysłowiami, „ile możności stosuiąc do szczerego stylu Polszczyzny”. Dawnej francuskiej ortografii Daneta nie zmieniał, bo autor sam w każdym haśle podaje, jak słowo wymawiać i pisać według nowszego zwyczaju.

Przedmowa mówi też wprost, dla kogo ta księga powstała: dla osób, które mają „upodobanie y talent osobliwszy” do francuskiego, języka, który – jak pisze tłumacz – „prawie stał się pospolitym u Dworu” i u wszystkich ludzi pierwszego stopnia w Rzeczypospolitej. To ciekawy obraz czasów saskich, uchwycony na gorąco. Inicjatywa nie wyszła zresztą od samych pijarów. Zasługę wydania tłumacz przypisuje „Jedney Zacney DAMIE Polskiey”, na której rozkaz podjął się pracy. Jej nazwiska nie podaje.

Najlepsza część tej przedmowy to jednak mały traktat o języku polskim, pisany w czasie, kiedy polszczyzna przyjmowała obce słowa garściami. Tłumacz przyznaje, że wiele polskich wyrazów przyszło z łaciny, francuskiego, włoskiego, niemieckiego, „a nawet kiedy się komu zdaie y podoba z Tureckiego”. Słów nie potępia za pochodzenie. Posługuje się przy tym zgrabną szlachecką metaforą: skoro słowo to tylko dźwięk, który wolno wziąć za znak własnej myśli, to „niemasz żadnego nigdzie Indygenatu dla Słow”. Zaraz jednak stawia granicę. Zapożyczanie przestaje być godziwe, kiedy dochodzi do skażenia języka ojczystego „tak dalece, żeby ten naostatek zaledwie by poznać można”. Żal mu słów, które wyszły z użycia, bo komuś wydały się zbyt staroświeckie. Gdzie szukać dobrej polszczyzny? Tłumacz odsyła do dawnych ksiąg praw i statutów, do akt kancelaryjnych i metryk, do starych rękopisów, a także do poetów i mówców, którym „się szczęśliwie udał wiersz y styl Oyczysty”. Na koniec uczciwie przyznaje, że sam czasem musiał sięgnąć po obce słowo przerobione na polskie, kiedy czyste polskie „nie przychodziło”.

Są w przedmowie i obserwacje niemal lingwistyczne. Francuszczyzna według tłumacza układa słowa w porządku, w jakim myśli następują po sobie w umyśle, „rozdzielnie, wyraźnie y iaśnie”, a łacina „idzie bardziey za sercem” i dba o to, by poruszyć słuchacza. Polski i francuski zgadzają się co do szyku, różnią się doborem samych wyrażeń, dlatego dosłowny przekład byłby po polsku niezrozumiały „albo też y śmieszny”. Całość kończy skromne życzenie, żeby ta praca „była powszechnie przyięta chęcią z iaką odemnie iest podięta”.

Przedmowa wydrukowana jest w dwóch równoległych szpaltach, francuskiej i polskiej, z drzeworytowymi inicjałami i ozdobnikiem w formie bujnego akantowego ornamentu. Sam słownik również idzie dwoma łamami, z objaśnieniami gramatycznymi w obu językach. Już pierwsze hasło pokazuje, że to coś więcej niż spis wyrazów: przy literze A czytamy, jak nazywali ją Grecy, Żydzi, Arabowie i „Indyanie”, dlaczego to samogłoska najbardziej otwarta i jak oddawać po polsku francuskie konstrukcje z przyimkiem à.

Egzemplarz kompletny, oba tomy współoprawne.

Oprawa: półskórek (otarcia). Stan: dobry+; zawilgocenie kilku ostatnich kart.